środa, 27 sierpnia 2025

Witaj Mary Poppins ponownie.

To naprawdę była spora niespodzianka, że ponownie, po upływie  roku, udaliśmy się do Maryborough w stanie Queensland, żeby zaopiekować się pięknym domem oraz bardzo słodkim psiakiem podczas nieobecności właścicieli.
Witaj kochana Mary ponownie.
Dom już od frontu wygląda okazale.
Wewnątrz jest bardzo rozległy, bardzo funkcjonalny i taki naprawdę stworzony dla wygody mieszkańców. Od razu znaleźliśmy dla siebie swoje miejsca. Ja oczywiście oczarowana basenem....tak, tak, jest tu basen, więc wszystko jest, co do szczęścia mi potrzebne.
Nie będę zamieszczała więcej zdjęć z wnętrza domu, bo to jednak prywata strefa, ale kuchnię, to muszę pokazać 😀
Garry może liczyć na wypasione, z polskim akcentem posiłki. A oto dowód:
Będzie pyszna sałatka ziemniaczana oraz gulasz. Piesek ma na imię Max, jest młody, zwariowany ale pozytywnie. 
Czasami też odpoczywa, ale rzadko, hahaha.
Robi się coraz cieplej, czyli temperatury osiągają 28 - 29 stopni Celsjusza, co przy braku lata tego roku w Polsce, napawa mnie ogromną radością. 
W przyszłym tygodniu opuszczamy to piękne miejsce i jedziemy do Yeppoon. Tam spędzimy trzy tygodnie z małymi atrakcjami w planie. Nie mogę się doczekać i mam nadzieję, że rzeczywiście wszystko się uda.
Do naszych obowiązków  tutaj należy również karmienie zaprzyjaźnionych ptaków. Nie da się  o tym zapomnieć, bo przylatują kilka razy w ciągu dnia i od razu wiadomo o co chodzi.
Jedzą z ręki wprawdzie, ale patrząc się na te ogromne dzioby mam trochę opory i kładę kawałki jedzenia gdziekolwiek.  Następne wiadomości będą z Yeppoon.

sobota, 23 sierpnia 2025

Przygoda w Mount Hay Tourist Park .

Garry przyjął ofertę opieki domowej w Maryborough w stanie Queensland. Więc w sobotni bardzo mglisty poranek, opuściliśmy bardzo wygodny kamping w pobliżu Rockhampton.
Zatrzymaliśmy się na jedną noc na kampingu pośrodku niczego.
Upalna końcówka zimy w Queensland . Właśnie podeszło do mnie coś takiego.
Na szczęście sobie poszło.
Myślę sobie: wezmę prysznic, umyję głowę. No i fajnie. Tylko że przed kabiną prysznicową takie ostrzeżenie:
Przed toaletą podobne:
To w zasadzie się rozmyśliłam.
Mimo wszystko, z powodu upału, postanowiłam wziąć ten prysznic z wężami. I dobrze się stało, bo potem spędziliśmy dwie godziny na kopaniu kamieni aborygeńskich w palących promieniach słońca. Zatrzymaliśmy się bowiem w Mount Hay Tourist Park , w kalderze wulkanu, gdzie można się dokopać do skarbów.
Garry grzebał w ziemi, a myłam wydobyte kamienie.
Oczywiście zawsze musi być jakiś pies, który z uporem przynosił malutki kawałek drewienka, żeby mu rzucać.  Mistyczne znacznie kamieni jest bardzo szerokie, więc tylko w skrócie: no mają moc.
Góra Hay, to wygasły wulkan, którego ostatnia aktywność była 120 mln lat temu. W stopionej lawie znajdowały się miliony pęcherzyków gazu, które przekształciły się w słynne Kamienie Aborygenów. 
Tak wyglądają po wydobyciu z ziemi. Oczywiście to nie my je wygrzebaliśmy 😀.
A tak po przecięciu. To już nasze skarby.
Te piękne okazy wydobył Garry, ja umyłam, a potem zostały profesjonalnie przecięte.
Mamy więc swoje amulety, trzeba tylko w to uwierzyć. Ja jestem oczarowana kulturą Aborygenów , więc przyjmuję dobrostan tej kultury w całości.

wtorek, 19 sierpnia 2025

Życie w kamperze

Z Brisbane ruszyliśmy pociągiem do Rockhampton. Podróż trwała około 8 godzin. Byłam niesamowicie zaskoczona, że duży bagaż czyli w naszym przypadku była to moja wielka walizka, jest bagażem rejestrowanym, podobnie jak w samolocie. Niesamowite udogodnienie. Nie tak jak w naszych pociągach, gdzie musisz się męczyć z bagażem i prosić współpasażerów o pomoc w wyszarpaniu walizy z wagonu na peron . Kiedy minęliśmy strefę zabudowaną Brisbane, pociąg nabrał znacznej prędkości. Spytałam się Garrego, czy to jest normalne. Odpowiedział: nie, widocznie maszynista dostał ataku serca... już więcej pytań nie zadawałam do końca podróży.
Po trzech godzinach mały postój. Większość pasażerów wyszła na peron rozprostować nogi. Podjechała również platforma i zostały zabrane śmieci. W pociągu serwowane są napoje i posiłki. Postój podczas kilku godzinnej podróży uważam za bardzo dobry pomysł. Obsługa pociągu pilnuje, żeby wszyscy pasażerowie zdążyli wsiąść przed odjazdem.
Było już ciemno, gdy dojechaliśmy na miejsce biwakowania. Dopiero rano mogłam się przekonać jakie to jest piękne miejsce.
Nasz dom na kółkach.
Rzeka Fitzroy jest ogromna.
Koszt pobytu to 20 dolarów australijskich dziennie, chyli około 50 zł. Do dyspozycji mamy świetnie wyposazoną kuchnię, prysznice i toalety. Do Rockhampton jest 10 kilometrów, co na australijskie warunki oznacza bardzo blisko. Można korzystać również z elektryczności i naładować wszelkie urządzenia, które tego potrzebują. Ze względu na trudną sytuację mieszkaniową, są osoby, które tu mieszkają w kamperze. Jest dużo papug i oczywiście moje ulubione Kookaburry.
Wydaje dźwięk podobny do śmiechu.
Z Rockhampton do morza jest bardzo blisko. Miasto znajduje się nad rzeką Fitzroy, około 60 km od jej ujścia do zatoki Keppel. 
Przyjemny widok co prawda, ale do wody nawet jakby było 30 stopni raczej nie wejdę. Rzeka ma kolor rozbełtanego błota. Ten wygląd jest wynikiem naturalnych cech rzeki. Zawieszony osad tworzą głównie cząstki gliny, ale... działalność człowieka też swoje dokłada. Kąpałam się już w rzece tutaj w Australii w wodzie o nie zachęcającym wyglądzie, ale tutaj chodzi o coś innego.  Właśnie w dolnym biegu rzeki występują rekiny bycze, czyli żarłacze tępogłowe
Rekin byczy jest znany ze swojej agresywnej natury i jest uważany za jeden z najbardziej niebezpiecznych gatunków rekinów dla ludzi. Ale popatrzeć sobie można. Kiedy dotrzemy do pięknego Yeppoon, to mam nadzieję na kąpiel. Na razie sobie patrzę.



sobota, 16 sierpnia 2025

Brisbane przywitało mnie z przytupem.

Po wyjątkowo łatwej i przyjemnej podróży trwającej 20 godzin w powietrzu i osiem godzin na lotniskach, doleciałam o czasie do Brisbane. To była moja pierwsza wizyta na tym lotnisku. Dumnie przy pomocy miłego pana z obsługi skorzystałam z automatu przy stanowiskach imigracyjnych , omijając w ten sposób długą kolejkę. Cała zadowolona pobiegłam do karuzeli walizkowej. Taśma wkrótce się zacięła i trzeba było czekać na odblokowanie. O dziwo moja walizka przyjechała nie na końcu, więc cała radosna pobiegłam do kolejnej kontroli oddać deklaracje celną. No i się dobra passa skończyła. Pies celników mnie wystawił. Usiadł przy mojej torbie podróżnej. Od razu zostałam skierowana do stanowiska trzepania bagażu. Zaczęłam myśleć, co ja mam w tej torbie oprócz małej bułki z kolacji w samolocie. Moja mowa ciała była na tyle właściwa, że uzbrojony pan był bardzo miły. Chyba jednak nie wyglądam na biedną babcię z Europy wschodniej, która dorabia do emerytury, przewożąc narkotyki. Musiałam odpowiadać na przewidziane procedurami pytania , typu: czy sama pakowałam bagaż, czy podpis na deklaracji celnej jest mój, czy komuś powierzyłam bagaż i tym podobne. Po tym wszystkim pan zaczął sprawdzać bagaż, no i oczywiście niczego nie było. Zasugerowałam, że jednak psa skusiła ta mała bułka z samolotu. I to mnie zaciekawiło bardzo. I chyba rozumiem jakim cudem w  wielkim samolocie, pełnym łudzi całą noc była kompletna cisza... Jeżeli bułeczka jest nafaszerowana jakimś magicznym ziołem, to wszyscy pasażerowie grzecznie śpią. Oczywiście żartuję, ale tylko to mi przychodzi do głowy. W każdym bądź razie widok wyraźnie ucieszonego psa, który usiadł przy mojej torbie podróżnej zapamiętam na zawsze. Dotąd widziałam takie rzeczy tylko w tv.
Brisbane, to duże miasto około 3 miliony ludzi, które dzieli piękna rzeka o tej samej nazwie. W sobotę rano 16 sierpnia Brisbane się zatrzęsło razem z lekko zdziwionym Garrym, którego łóżko w hotelowym pokoju dostarczyło mu niespodziewanych wibracji. Akustycznie dało o sobie znać dzwoniące drgającą szybą okno. Ja w tym czasie zbliżając się do portu lotniczego, podziwiałam nogę pasażera siedzącego przede mną.
Tak niektórzy radzą sobie z problemem puchnących nóg podczas długiego lotu. Po pewnym czasie pan oczywiście zmienił nogę.
Wracając do Brisbane. Pierwsze wrażenie bardzo pozytywne. 
Blisko hotelu jest park. A w parku rozbite namioty. W Australii jest poważny kryzys mieszkaniowy. Wobec tego władze stanowe pozwalają na mieszkanie w namiotach w parkach w mieście. Zdjęcie może trochę niewyraźne, ale przecież nie mogłam podejść i zrobić zdjęcia z bliska.
Pogoda piękna. Jest zima, więc temperatury nie przekraczają 30 stopni. Nie jest duszno. Spacer wzdłuż rzeki był bardzo przyjemny. Mimo wczesnej pory dnia w restauracjach pełno ludzi. Do przystani przybijały co chwilę statki wycieczkowe. 
W poniedziałek rano jedziemy pociągiem do Rockhampton. Podróż będzie trwała około 8 godzin. Na dworcowym parkingu czeka na nas nasz dom na kółkach. Co będzie dalej oczywiście, że wszystko opiszę.

niedziela, 6 lipca 2025

W międzyczasie.

Wizę już dostałam, więc pewnie w sierpniu wyląduję gdzieś w Australii, ale jeszcze nie wiem gdzie. W międzyczasie zrobiłam sobie rachunek z dotychczasowe życia od 2019 roku. 
W wieku 65 lat zaczęłam się uczyć angielskiego. Od kilku osób słyszałam uwagę typu: " A on nie może się nauczyć polskiego?"
Uczyłam się i uczę cały czas dla siebie. Wiedza to jest coś co zostanie ze mną na zawsze, więc również mam na myśli moment, w którym mój mózg pójdzie na emeryturę, a ja będę wyłącznie ciałem.  Po upływie pięciu lat i przeleceniu tysięcy kilometrów zaczęłam się uczyć Psychologii techniką dr Hawkinsa. Nie napiszę magisterki, ani nie obronię doktoratu. Uczę się dla siebie. Bo wiedza zostanie ze mną do końca.
Poruszam się po mapie świadomości, zaczynam rozumieć różnicę pomiędzy uczuciem, nastrojem a pragnieniem. Uczę się uwalniać emocje. Teraz rozumiem z jakich powodów byłam poddawana alienacji rodzinnej i towarzyskiej. Niektóre osoby, które pojawiły się w moim życiu miały zaburzenia osobowości ciemnej triady. Wiedza to podstawa zdrowia. Zrozumienie i edukacja jest pierwszym krokiem do uzdrowienia. Konflikty wewnętrzne odrzucenia, które nosiłam w sobie przez 50 lat powoli mnie opuszczają. W czerwcu byłam gościem w telewizji śniadaniowej. Tematem był oczywiście mój związek z Garrym. Wszelkie inności, które dotyczą starych ludzi wzbudzają zainteresowanie. Przekonałam się o tym po naszej sesji zdjęciowej. Niektórzy z bliskich mi osób nabrali wody w usta i nie komentowali, jakby nic się nie wydarzyło. Teraz w czasie mojej psychologicznej edukacji wiem co o tym myśleć. 
Studio Pytania na Śniadanie. Zostałam uczesana i umalowana.
Te same osoby, które przemilczały sesję zdjęciową, też przemilczały to wydarzenie. Było na żywo. Niczego nie można było skasować ani nagrać na nowo.
Na koniec wywiadu spytano mnie: "Czy warto było to wszystko przeżyć?" Tak warto.

środa, 4 czerwca 2025

Zanurz się w odrobinie komfortowego lenistwa, czyli Hotel Azzun Orient SPA & Wellness.

W tym roku kończę 70 lat. Nie mam problemu z upływającym czasem, nie mam problemu z moim wiekiem. Nie zauważyłam również, żebym stała się nieco mądrzejsza, na co głównie liczyłam.  Wracając do sedna, właśnie na urodziny dostałam prezent: pobyt w ośrodku nieco luksusowym, który miałam wybrać sama. Ponieważ wiadoma rzecz, że Facebook podsłuchuje, nawet nasze myśli, to wyskoczyła mi oferta ośrodka położonego na Warmii i Mazurach, we wsi Kromerowo: Hotel Azzun Orient SPA & Wellness. I tak znalazłam się w tym miejscu, bardzo ciekawa, czy zdjęcia ośrodka pokrywają się z rzeczywistością.
Nawigacja doprowadziła nas obsadzoną bujną roślinnością drogą pod wejście główne hotelu.
Oczy otworzyły się nam szeroko. Mówię nam, bo jechało nas trzy dziewczyny, z czego dziewczyny to w zasadzie dwie, no i jedna babcia, czyli ja. To było pierwszego czerwca, czyli w Dzień Dziecka, więc po drodze trzeba było zaliczyć Mac Donalda, bo bez tego ani rusz, tradycja musi być. Tłumy wewnątrz potwierdziły tą tezę.
Jak widać, to była dobra decyzja .
Wejście główne:
Piekny podjazd, parking i plac zabaw dla dzieci.
Wnętrze ze stonowaną elegancją robiło również dobre wrażenie.
Przez kilka lat spędzałam czas w hotelach azjatyckich, kąpiących od złota i przytłaczającej ogromem  marmurowej przestrzeni. Tutaj zdecydowanie stonowane  przytulne wnętrze.
Chwila prawdy: otwieram drzwi od pokoju.
I wszystko jasne. Cudo. Telewizor wyłącznie do słuchania muzyki. Hotel nie posiada telewizji kablowej ani naziemnej, goście mają spędzić tutaj czas w strefie wyciszenia. Szczególnie w obecnej sytuacji w Polsce, to dobry pomysł. Kasia z Agą odjechały, mam nadzieję, że mnie odbiorą na koniec pobytu. Cała oferta tego resortu jest oczywiście dostępna w internecie. Z ciekawostek zasługują na uwagę strefy bez tekstyliów. W określonych godzinach możesz się tam udać odziana jedynie w szlafrok lub ręcznik. 
Jak widać na załączonym obrazku. Na wyspie jest kompleks saun, są jacuzzi. Nie skorzystam. 
Ponieważ noce nadal są chłodne, a besen zewnętrzny nie jest podgrzewany, korzystam z kompleksu term wewnątrz hotelu.
Basen zewnętrzny wygląda tak:
Mnóstwo wygodnych leżaków, poza tym stoliki i krzesełka oraz część osłonięta od słońca z wygodnymi fotelami.
Każdy znajdzie coś dla siebie.
Baseny termalne wewnątrz również prezentują się świetnie. Bardzo dobrze przygotowana część przebieralni. Od szafek na garderobę, prysznice, toalety i stanowisko do suszenia włosów. Tak wyglądają szafki, w których zostawia się rzeczy.
A tutaj wygodnie suszymy włosy.
Ale zanim je wysyszymy, to korzystamy z kąpieli w wodzie o temperaturze 28 stopni.
A tutaj się konserwujemy solą i wygrzewamy.
Jednak zjeść też coś trzeba. Kromerowo to  mała wieś. Przy hotelu jest stacja paliw, więc coś niecoś można kupić. Mnie osobiście niczego nie brakuje. Każdego dnia serwis sprzątający dostarcza dwie małe butelki wody mineralnej oraz standardowo herbatę, kawę i cukier. Śniadania serwowane są w formie bufetu w restauracji na parterze budynku.
Obfitość bufetu mnie zaskoczyła, a widziałam już wiele.
Nie wiem jak daję radę wciągnąć jeszcze deser.
Pierwszego dnia pobytu, dziwiłam się, czemu tyle stoi kanap i foteli w korytarzach...teraz się już nie dziwię. Trzeba jakoś dojść do pokoju, a windy tutaj nie ma.Po takim posiłku...W pakiecie mam również obiado - kolację. Muszę szczerze przyznać, że mężczyzna się daniami oferowanymi z karty Pakiet Menu nie nasyci. Jak dla mnie rewelacja i wystarczająco. Podane pięknie.Pakiet obejmuje zupę, danie główne i deser. W zasadzie jeśli chodzi o kolację, to umiarkowane ilości jedzenia są jak najbardziej wskazane.
Moje wrażenia: miejsce godne polecenia, otoczenie, czystość, bardzo dobra kuchnia, świetny relaks. Jest drogo. Jestem ogromnie wdzięczna za taki prezent. A potem....za jakieś dwa miesiące, w Australii czeka na mnie to:
Nie ma imienia, może ktoś coś podsunie? Campervan - mój dom na dwa miesiące.
Dziękuję za uwagę i do następnego 🙂.