Otóż w tym rzecz - bardzo ważne jest, aby miejsca postojowe były w miarę ochronione przed słońcem. Karawan parki, gdzie jest wyłącznie trawa omijamy. Druga sprawa - basen, bo wiadomo, dla mnie najważniejszy aspekt biwakowania w cywilizacji.
Tutaj jest wszystko co dla Mireczki jest niezbędne 😄 Mam więc ochronione autko przed słońcem, a po przygotowaniu obiadu, pędzę do basenu.
W każdym miejscu, w którym byłam przez kilka lat, nie wiem czemu, ale natychmiast pojawiają się ptaki. Były dzikie kaczki, które potrafiły spać w namiocie, były różne gatunkowo ptaki, w różnych miejscach, a w tym karawan parku, przydreptały na krótkich nóżkach
kurki. Byliśmy w tym miejscu trzy razy i za każdym razem pędziły do naszego kampera.
One są oczkiem w głowie właścicielki tego kampingu, mają piękny kurnik i wieczorem wracają do domu spać. Miejscem zarządzają same kobiety w różnym wieku. Nie chcę nikogo stygmatyzować, ale może dlatego jest tak świetnie wyposażona kuchnia?
Kwestia łazienki jest bardzo istotna, kiedy nie ma tego luksusu w kamperze. W tym miejscu wygląda to tak:
W sobotni wieczór, szefowa walnie w ten piękny gong i wszyscy biegną do otwartego baru😀.
W piątek po południu podjeżdża samochód chłodnia z wyrobami z miejscowej farmy bydła. Muszę zaznaczyć, że do najbliższego sklepu jest 40 kilometrów. Taka możliwość zakupu jedzenia jest naprawdę bardzo dobra. Przy kampingu jest stacja paliw i oczywiście mały sklep i nie ma problemu, żeby kupić chleb i nawet ciepły posiłek, jedynie ceny są trochę szokujące.
Kwestia ceny - otóż za parcelę z prądem, wodą, opłata wynosi 50 australijskich dolarów za noc. Jest Wi-Fi. Przy rezerwacji tygodnia, jeden dzień gratis. Przeliczając na polską walutę mamy podobne ceny.
Teraz na koniec potężna dawka słodyczy, to kolejna rzecz, której nie umiem wyjaśnić.
Poskręcana, unieruchomiona, obciążona....nigdy, przenigdy nie wylegiwałam się solo. Tymczasem na drugiej kanapie...
W przyszłym tygodniu ruszamy dalej. Miłego czytania 🙂