poniedziałek, 29 września 2025

Queensland stan z pięknymi plażami i nie tylko.

Moje intensywne kilka tygodni w Australii dobiegło końca. Spędziłam je w całości wyłącznie w stanie Queensland w okolicach Rockhampton. Ocean czasem był błękitny jak niebo, czasem zielony, ale zawsze ten widok ogromnej wody, zlewającej się przy linii horyzontu z niebem, był tak piękny, że aż nierealny. 
Ale Queensland, to nie tylko piękne plaże, to kraina niespodzianek, przynajmniej dla mnie. Plantacje mango. Pierwsza sadzonka mango trafiła do Ogrodów Botanicznych w Sydney w 1823 roku z Indii. Byłam zdumiona, jak zobaczyłam pierwszy raz ogromne połacie plantacji mango. A jeszcze bardziej byłam zdumiona, gdy ujrzałam dzikie drzewa mango.  Są tak piękne, tak ogromne i wiecznie zielone.
Wysokość może wynieść do 30 metrów w przypadku dzikich drzew.To piękne, kwitnące właśnie drzewo, rosło za płotem naszego ostatniego domu.
To różowe, to są właśnie kwiaty, z których wyrosną owoce. W tym akurat miejscu będą w okolicach grudnia. W innej części stanu już pojawiły się owoce. 
Druga niespodzianka, to ananasy. Nie miałam pojęcia, że ten stan i to właśnie w okolicach Rockhampton jest królestwem ananasa. Queensland to centrum australijskich plantacji  ananasów, których uprawy wymagają klimatu z temperaturami  powyżej 20°C. W Australii popularny jest ananas typu Queen. Ma ciemnozłotą skórkę, bardzo soczysty, bez cierpkiego posmaku. Właśnie ten brązowy kolor tego owocu mnie zaskoczył, bo znam raczej ciemnozielone ze sklepów. Pola ananasów również mają brunatny kolor.( Zdjęcie z netu)
A  zdjęcie  poniżej, to nasz ogromny ananas kupiony z owocowego, samoobsługowego wózka.
Na zdjęciu też widać, że skórka owocu jest brązowo - żółta . W Australii ananasy pojawiły się w 1826 roku z Rio de Janeiro. Rośliny przywieziono znowu do Ogrodu Botanicznego w Sydney, podobnie jak było z owocem mango. 
Wiecie, że Queensland , to główny producent krajowych upraw bawełny? Kiedy jechaliśmy  między polami uprawnymi tej rośliny, to droga oraz pobocze wyglądały jakby spadł śnieg. A mnie się dotąd bawełna kojarzyła wyłącznie z " Chatą wuja Toma"... pamiętacie ten wyciskacz łez z 1967 roku?
Nie można pominąć plantacji trzciny cukrowej, gdzie ten stan pokrywa aż 95 procent krajowych upraw tej rośliny. 
Australia, to ojczyzna drzew makadamia. Rosną oczywiście w stanie Queensland.( Zdjęcie z netu)
A tak wyglądają już sklepie.

Australia, to nie tylko kangury i misie Koala, to ogromny kontynent, który jest jednocześnie jednym krajem. 
Warszawa powitała mnie błękitnym niebem i miłą temperaturą.
Wróciłam do domu.


piątek, 19 września 2025

Plany planami, a życie pisze swój scenariusz.

Kiedy planowaliśmy wspólnie moje wakacje w Australii, to miałam zamiar zobaczyć kilka rzeczy i według tego została ustalona podróż. Tym razem wszystko miało być w okolicach Rockhampton. Było więc szukanie pięknych kamieni wulkanicznych, wizyta na farmie krokodyli,  wypłynięcie statkiem na oglądanie wielorybów oraz ostatnia strakcja, mianowicie wizyta w parku, gdzie można karmić zwierzęta i przytulić koalę. No kto by nie chciał przytulić koali?  Udaliśmy się więc do Cooberrie Park Wildlife Sanctuary w Yeppoon.
Przy zakupie biletów okazało się, że dotknięcie koali kosztuje 30 dolarów, a przytulenie 60 dolarów. Całkowicie za darmo mogłam przytulić to:
Jak widać po mojej minie, sprawiło mi to ogromną przyjemność, a całkowicie zdumiało Garrego. Dostałam paczuszkę z ziarnami i po okazaniu moich uczuć do tych zwierzaków na zdjęciach powyżej, ruszyliśmy zwiedzać dalsze obszary parku. Oczywiście, że widziałam koalę, który wogóle nie okazywał zainteresowania nami, co całkowicie się różniło od zachowania innych zwierząt, które w większości poruszały się po terenie swobodnie.
Garry tłumaczy kangurowi, że ziarna ma Mira, która właśnie uciekła w popłochu, na widok zbliżającego się dużego kangura.
Ja porzestałam na karmieniu mniejszych zwierzaków i małych kangurów. Podeszła mama z małym w torbie.
Pierwszy raz widziałam to na żywo i z tak bliska. Wszystkie poruszające się swobodnie po terenie parku zwierzęta, mają jeden cel, żeby dostać smakołyk. Są to oczywiście gotowe smakołyki, przygotowane przez pracowników parku. Struś wzbudzał we mnie podobne odczucia, co duży kangur, mniej więcej tak, jakby zbliżał się do mnie dinozaur, więc przed strusiem uciekałam również, a cwaniak czuł, że w kieszeni spodni mam ziarna. Przed strusiem raczej nie uciekniesz, ale na szczęście były tam toalety, więc więc wpadłam do środka . Struś zrezygnował na szczęście.
Moja mina na zdjęciu mówi wszystko.
Wszystkie te miejsca, które odwiedziłam były płatne, ale jest coś co mnie zachwyca i nie ma odniesienia do naszych w Polsce. Bezpłatne baseny, z całą potrzebną infrastrukturą, czyli toalety, prysznice, stanowiska  grillowe, miejsca przygotowane specjalnie dla dzieci, które mają ochronę przed słońcem. Bezpłatne toalety miejskie są tutaj normą. Natomiast miejsca rekreacji, to jest naprawdę coś niesamowitego. Na zdjęciu poniżej rozległe fontanny, które są miejscami zabawy dla małych dzieci.
Basen, na który jeździmy prawie co dziennie, ma tak piękny widok, że można po prostu cały dzień się patrzeć i nigdy dosyć.
Nie widać granicy między basenem a oceanem. Mamy własne krzesełka, ale ja lubię posiedzieć na bardzo wygodnych siedziskach, ale nie osłoniętych od słońca, co mnie wiecznie tęskniącej za latem na przeszkadza.

Czasem trzeba dokonać jakiejś drobnej naprawy w samochodzie. Udaliśmy do jednego w z wielu motoryzacyjnych sklepów . Garry podjechał na specjalne oznakowane stanowisko. Personel sklepu wymienił uszkodzoną wycieraczkę przedniej szyby.
Nie trzeba robić tego samemu, jak również jechać do mechanika. 
Stojące przy drodze wózki z owocami i jajkami są również dla mnie nowością. Koło naszego obecnego domu stoi wózek z ananasami.
Do metalowej skrzyneczki wrzuca się określoną ilość pieniędzy, zależy co chce się kupić. Trochę inaczej wygląda wózek z jajkami, ale system jest ten sam.
Lokalni farmerzy zaopatrują w towar, te można tak modnie nazwać: Nano sklepy. 
Nie ma jeszcze lata, a temperatura już osiąga około 30 stopni. Za miesiąc będzie tutaj naprawdę gorąco. 

czwartek, 11 września 2025

Jeszcze trochę przygód tej wiosny w Australii.

Sama nie mogę w to uwierzyć, ale po kilku latach moich wewnątrz i na zewnątrz tego kraju, który jest również kontynentem,  z ręką na sercu mogę stwierdzić, że jest tutaj cudnie. Trzeba tylko znaleźć odpowiednie miejsce. Nie znajdzie się go wędrując palcem po mapie, ale trzeba trochę pomieszkać tu i tam, zaobserwować różnice, zarówno klimatyczne, jak i  w ludzkiej mentalności.  Nigdy nie zostaniesz tubylcem... niestety, zawsze będziesz przybylcem i to ma kolosalne znaczenie. Przemierzyłam obszar od Melbourne po Darwin, od Gór Śnieżnych po Wielką Rafę Koralową. Mieszkałam w namiocie, kamperze i domach prywatnych w formie opiekuna. 
Pisząc to, siedzę na werandzie, w promieniach popołudniowego słońca i nie mogę się napatrzeć na ten cudny widok wokół mnie.
Domu strzegą dwa kochane psy.
Zdecydowanie okolice Rockhampton w stanie Queensland, to mój faworyt. Wybrzeże Koziorożca i Emu Park, nie trzeba dużo opisywać, wystarczy po prostu tam wjechać i widok za milion dolarów, powali na kolana.
Plaże... przestrzeń nie do ogarnięcia. Podczas odpływu możesz się przejść po dnie Pacyfiku. Mamy czasem marzenia do spełnienia. Nie zawsze się spełniają. Marzyło mi się potrzymać małego krokodyla, chociaż na chwilę. Mamy to:
Moje pierwsze wrażenie: jaki on jest mięciutki! To były moje pierwsze słowa, kiedy dostałam do go rąk. Skóra dorosłego krokodyla jest w dotyku jak drewno, a młody osobnik jest miękki jak aksamit. 
Wizyta na farmie krokodyli.
Koorana to farma działająca w ramach strategicznego programu ochrony środowiska rządu Australii.
W listopadzie 1981 roku John i Lillian Lever otworzyli pierwszą komercyjną farmę krokodyli w Queensland, chwytając krokodyle, które okazały się niebezpieczne dla ludzi.
Alternatywą dla dzikich krokodyli była eutanazja.
W ciągu pierwszych kilku lat działalności ponad 100 krokodyli zostało usuniętych z terenów rekreacyjnych i mieszkalnych.
Opiekun krokodyli trochę się ze mnie śmiał, bo tylko on słyszał jakie dźwięki wydaję, gdy dostałam tego malucha do rąk. Pełne zaskoczenie. Bardzo mięciutki, bardzo delikatny i chłodny.  Czasem najbardziej zwariowane marzenia się spełniają.
A teraz coś, co trudno opisać na chłodno. Widziałam humbaki.
W czwartek 11 września wyjechaliśmy rano z domu, żeby wypłynąć w rejs statkiem wycieczkowym zobaczyć wieloryby. Udaliśmy się do Rosslyn Bay, do bramy do jednego z cudów natury na świecie, czyli Południowej Wielkiej Rafy Koralowej. Największą atrakcją Zatoki Rosslyn są zapierające dech w piersiach plaże wyspy Great Keppel i krystalicznie czyste wody.
Wyspa Great Keppel, to 17 plaż białego piasku i rafą koralową tuż przy brzegu. Odcięta od świata i dziewicza wyspa u wybrzeży Koziorożca jest według mnie najpiękniejszym miejscem na ziemi. Od maja do końca września można obserwować humbaki, a przede wszystkim mamy z młodymi.
Rosslyn Bay.
Statek wycieczkowy.
Opływaliśmy przez kilka godzin piękną Great Keppel.
Zobaczyłam coś, czego nie zapomnę. Najpierw pióropusz pary, a potem ... biały brzuszek w paski maluszka, który radośnie się bawił, płynąc oczywiście obok swojej mamy. Było wszystko jak w   telewizyjnych programach przyrodniczych, czyli pokazanie brzuszka, podczas rzucania się na plecy do wody, była machająca płetwa ogonowa i pióropusze pary. Nie dałam rady zrobić zdjęcia, wszystko działo się bardzo szybko. Garremu udało się nagrać moment wynurzenia z wody. Trochę widać, gdy zrobiłam zdjęcie.
Oczywiście, nie ma porównania, zobaczyć to na żywo. W życiu bym nie pomyślała, że spotka mnie taka niespodzianka. A ponieważ jestem w Australii, to oczywiście trochę coś typowego też musi być. Jaskrawo zielona żaba brała kąpiel w wiaderku z wodą dla psów. Leżała sobie na luzie totalnym.

Potem się beztrosko suszyła.
A spragniony pies nie miał wyjścia i pił wodę z żabą.
Ja jej nie ruszyłam, bo jej jaskrawy kolor raczej ostrzegał. Pewnie jadowita, ale psy na razie mają się dobrze. 🙂


czwartek, 4 września 2025

Dotarliśmy do celu.

Po trzech tygodniach mojego pobytu w Australii, dotarliśmy do celu, czyli opieki nad domem i dwoma psami w Emu Park, nieopodal Yeppoon. A swoją drogą, jak to jest możliwe, że to już mija trzeci tydzień? Po drodze zatrzymaliśmy się na dwa dni na farmie w Emu Park w domku dla gości, który zaoferowali Garremu bardzo mili właściciele farmy. Na terenie farmy funkcjonuje również kamping w niskiej cenie i Garry spędził tam około dwóch miesięcy, przed moim przylotem do Australii. Wjeżdżamy na teren prywatny i zatrzymujemy się przed takim czymś...
Mina moja była bezcenna...prawie zemdlałam. Garry niezrażony widokiem mojej rozdziawionej japy, otwiera drzwi, które i tak były otwarte i moim oczom ukazuje się coś takiego..
I tak stałam z tą rozdziawioną japą, jakbym szczękościsku dostała. Chata wewnątrz na wypasie po prostu. Nie lubię przysłów, ale " Nie osądzaj książki po okładce", to tutaj pasuje jak ulał. Na farmie były kury, konie, kozy i jeszcze ktoś, kto zjadł mi serce na surowo.
Nie kładł uszu, więc położyłam mu dłoń na głowie, gładząc miejsce pomiędzy oczami, a potem już śmiało drapałam po szyi. I wtedy zaczął mi coś opowiadać, to nie było rżenie, tylko delikatne pomruki. Rano i wieczorem, biegłam do niego i sobie wszystko opowiadaliśmy, wyjmowałam z grzywy resztki słomy, głaskałam mięciutki nos. A potem trzeba było wyjechać i.... nigdy nie zapomnę tego widoku.
Czekał aż podejdę, a ja wsiadłam do auta i odjechałam..🥺
Dotarliśmy do domu w którym spędzimy prawie trzy tygodnie. Dom jest jak z sennych marzeń, znaczy się moich marzeń. Mały, przytulny, z pięknym ogrodem i dwoma dużymi psami.
Pogoda dopisuje, więc już był pierwszy wypad na basen w Yeppoon.
Woda cudowna, widok z basenu na Ocean, a wszystko to całkowicie za darmo. Oczywiście spacer pięknymi plażami Emu Park obowiązkowo.
Odpływ. Maszeruję po dnie Pacyfiku.
Przede mną jeszcze wypad na farmę krokodyli, do sanktuarium koali oraz rejs statkiem oglądać wieloryby. Będzie jeszcze o czym pisać.