czwartek, 7 maja 2026

Ubud i inne okoliczności przyrody.

Dotarliśmy do Ubud, które bardzo lubię, ponieważ łączy w sobie wszelkie doznania od czysto duchowych po kulinarne. Jestem w Indonezji poraz trzeci i niezmiennie mnie ta część  świata zachwyca. Czyż widok z naszego balkonu nie jest oszałamiający?
To jest Pan Agun -  czynny wulkan i najwyższy szczyt wyspy : 3141m.n.p.m. Inaczej prezentuje się o świcie, inaczej wieczorem.
Zdjecia robię stojąc przed domem, no może dom, to za dużo powiedziane, to jest mały domek z pięknym widokiem.
Otoczenie wokół wzbudza mój zachwyt niezmiennie od dwóch tygodni.
Aż trudno uwierzyć że do super marketu dojdę pieszo w pięć minut. Każdego dnia odwiedza nas ten sympatyczny gość.
Zwierzatko domowe właścicielki resortu. Bardzo lubi banana. Na palmie przy domu mieszkają wiewiórki, a w domu oczywiście rezydują gekony, które chronią nas przed robakami.
Ostanie dwa dni spędziliśmy u znajomych w Sidemen. I w tym miejscu chciałabym bardzo podziękować Ricie i Igorowi za ich serdeczność, przyjaźń, to naprawdę wielkie szczęście że mogłam Was poznać. To wielki dar od losu, spotkać Was na swojej drodze, a żyjemy na różnych kontynentach. Całodniowa wycieczka po okolicy dostarczyła nam cudnych wrażeń.
Jesteśmy na Bali, więc obowiązkowo zwiedzanie pól ryżowych. Wybraliśmy się wcześnie rano, bo potem upał za bardzo daje się we znaki. Pola ryżowe Sidemen: 
Tą wąską dróżką jeżdżą również skutery, trzeba ustąpić miejsca.
Na zdjęciu i naszych stóp stoi mały szczeniak, który nagle pojawił się nie wiadomo skąd i był cały mokry i bardzo, bardzo przytulaśny. A na tym zdjęciu poniżej, tak właśnie wygląda życie tutaj, zdala od hotelowego blichtru.
Mama pierze, mężczyzna pracuje na polu, a dziecko przy okazji korzysta z kąpieli. Nieopodal takiej kąpieli zażywało kilka kobiet, nie robiłam oczywiście zdjęć. Następnie pojechaliśmy wynajętym na cały dzień bardzo wygodnym samochodem do miejsca o tajemniczej nazwie: Tirta Gangga.  To dawny królewski pałac wodny  zbudowany w 1948 roku przez króla Karangasem. Nazwa dosłownie oznacza „wodę z Gangesu” , nawiązując do świętej rzeki w Indiach. 
Król zaprojektował to miejsce , łącząc balijską symbolikę hinduistyczną ze swoją miłością do wody i ogrodów.

W  hinduizmie balijskim woda nie służy tylko do picia i kąpieli. Uważa się ją za świętą, gdyż oczyszcza ciało i ducha. Obowiązkowo więc w ramach oczyszczania popływałam w przeznaczonym do kąpieli basenie.

Po tym realnym oczyszczeniu udaliśmy się do kompleksu świątyń i podnóża Agun. Besakih Temple, to największa i najważniejsza świątynia balijskiego hinduizmu. Wymagany jest specjalny strój. 

Dla mężczyzn obowiązkowe nakrycie głowy.
Trochę mi wstyd, ale trudno mi było zachować powagę.
Nasza wspaniała czwórka wędrowców: Rita, Igor, Garry i ja.
Zmęczeni, ale szczęśliwi wróciliśmy do miasta, do małego drewnianego domku, który niestety trochę przeciekał podczas naprawdę ulewnego, tropikalnego deszczu.
Pożegnalna kolacja i my wróciliśmy do Ubud.
Miłego czytania 🙂

czwartek, 23 kwietnia 2026

Niespodzianka i to spora.

Bilety były kupione, plan opracowany w szczegółach i nagle… wielkie bum. Najpierw został anulowany wyjazd mojej córki  z przyjaciółkami do Tajlandii. Dziewczyny dopracowały pobyt na dwa tygodnie  w Tajlandii w najdrobniejszych szczegółach i oczywiście wszystko opłaciły. Ja jeszcze miałam nadzieję, ale szybko się okazało że „ wielkie bum” trochę potrwa i nigdzie nie polecę. Na szczęście linie lotnicze Qatar zwróciły za bilety. Żegnaj Australio i żegnaj Bali.
Tak więc leżę sobie w pościeli z motywami tropikalnymi, suknia na tropiki wisi sobie na szafie i tyle w temacie.
Nagle i niespodziewanie ponownie nastąpiło „ wielkie bum” , ale tym razem nie na skalę światową, tylko w umyśle Garrego i znalazł połączenie lotnicze z Europy do Azji. Linie lotnicze KLM oferują przelot na trasie: Gdańsk- Amsterdam- Singapur- Denpasar. Siedemdziesiąt jeden lat na karku czuję, dlatego ten kark rehabilitowałam przez dni dziesięć i dobrze się stało, bo czeka mnie 24 godziny w podróży, o czym jeszcze nie wiedziałam, gdy się pod prądy i laser kładłam. Kryzys naszedł mnie gdzieś tak po siedemnastu godzinach, ale wyjścia ewakuacyjnego nie było, a ostanie trzydzieści minut lotu wlokło się w nieskończoność. Kiedy wreszcie koła samolotu walnęły o ziemię, dotarło do mnie że naprawdę jestem na Bali. Ciemną nocą dotarliśmy do Sanur. Dopiero rano zobaczyłam jakie urocze miejsce znalazł Garry na mój odpoczynek przed wyjazdem do Ubud, gdzie jest wynajęty mały domek.

Po śniadaniu poszliśmy na plażę.
Wzdłuż plaży pełno resortów i restauracji.
Było bardzo wcześnie, więc goście hotelowi jeszcze nie okupują restauracji.
Jest piekielnie gorąco tutaj, więc trochę się cieszę że w sobotę rano jedziemy do Ubud, gdzie będzie nieco chłodniej. Psy są tutaj wszędzie, wewnątrz restauracji również, nam towarzyszył podczas śniadania, w grzecznie- proszącej pozie.
Większe nieco zwierzę o pięknym imieniu Angieliq też się znalazło.
Na dziś to koniec opowieści. Życie w chmurach jest fajne, ale na ziemi lepiej 😊.

poniedziałek, 29 września 2025

Queensland stan z pięknymi plażami i nie tylko.

Moje intensywne kilka tygodni w Australii dobiegło końca. Spędziłam je w całości wyłącznie w stanie Queensland w okolicach Rockhampton. Ocean czasem był błękitny jak niebo, czasem zielony, ale zawsze ten widok ogromnej wody, zlewającej się przy linii horyzontu z niebem, był tak piękny, że aż nierealny. 
Ale Queensland, to nie tylko piękne plaże, to kraina niespodzianek, przynajmniej dla mnie. Plantacje mango. Pierwsza sadzonka mango trafiła do Ogrodów Botanicznych w Sydney w 1823 roku z Indii. Byłam zdumiona, jak zobaczyłam pierwszy raz ogromne połacie plantacji mango. A jeszcze bardziej byłam zdumiona, gdy ujrzałam dzikie drzewa mango.  Są tak piękne, tak ogromne i wiecznie zielone.
Wysokość może wynieść do 30 metrów w przypadku dzikich drzew.To piękne, kwitnące właśnie drzewo, rosło za płotem naszego ostatniego domu.
To różowe, to są właśnie kwiaty, z których wyrosną owoce. W tym akurat miejscu będą w okolicach grudnia. W innej części stanu już pojawiły się owoce. 
Druga niespodzianka, to ananasy. Nie miałam pojęcia, że ten stan i to właśnie w okolicach Rockhampton jest królestwem ananasa. Queensland to centrum australijskich plantacji  ananasów, których uprawy wymagają klimatu z temperaturami  powyżej 20°C. W Australii popularny jest ananas typu Queen. Ma ciemnozłotą skórkę, bardzo soczysty, bez cierpkiego posmaku. Właśnie ten brązowy kolor tego owocu mnie zaskoczył, bo znam raczej ciemnozielone ze sklepów. Pola ananasów również mają brunatny kolor.( Zdjęcie z netu)
A  zdjęcie  poniżej, to nasz ogromny ananas kupiony z owocowego, samoobsługowego wózka.
Na zdjęciu też widać, że skórka owocu jest brązowo - żółta . W Australii ananasy pojawiły się w 1826 roku z Rio de Janeiro. Rośliny przywieziono znowu do Ogrodu Botanicznego w Sydney, podobnie jak było z owocem mango. 
Wiecie, że Queensland , to główny producent krajowych upraw bawełny? Kiedy jechaliśmy  między polami uprawnymi tej rośliny, to droga oraz pobocze wyglądały jakby spadł śnieg. A mnie się dotąd bawełna kojarzyła wyłącznie z " Chatą wuja Toma"... pamiętacie ten wyciskacz łez z 1967 roku?
Nie można pominąć plantacji trzciny cukrowej, gdzie ten stan pokrywa aż 95 procent krajowych upraw tej rośliny. 
Australia, to ojczyzna drzew makadamia. Rosną oczywiście w stanie Queensland.( Zdjęcie z netu)
A tak wyglądają już sklepie.

Australia, to nie tylko kangury i misie Koala, to ogromny kontynent, który jest jednocześnie jednym krajem. 
Warszawa powitała mnie błękitnym niebem i miłą temperaturą.
Wróciłam do domu.


piątek, 19 września 2025

Plany planami, a życie pisze swój scenariusz.

Kiedy planowaliśmy wspólnie moje wakacje w Australii, to miałam zamiar zobaczyć kilka rzeczy i według tego została ustalona podróż. Tym razem wszystko miało być w okolicach Rockhampton. Było więc szukanie pięknych kamieni wulkanicznych, wizyta na farmie krokodyli,  wypłynięcie statkiem na oglądanie wielorybów oraz ostatnia strakcja, mianowicie wizyta w parku, gdzie można karmić zwierzęta i przytulić koalę. No kto by nie chciał przytulić koali?  Udaliśmy się więc do Cooberrie Park Wildlife Sanctuary w Yeppoon.
Przy zakupie biletów okazało się, że dotknięcie koali kosztuje 30 dolarów, a przytulenie 60 dolarów. Całkowicie za darmo mogłam przytulić to:
Jak widać po mojej minie, sprawiło mi to ogromną przyjemność, a całkowicie zdumiało Garrego. Dostałam paczuszkę z ziarnami i po okazaniu moich uczuć do tych zwierzaków na zdjęciach powyżej, ruszyliśmy zwiedzać dalsze obszary parku. Oczywiście, że widziałam koalę, który wogóle nie okazywał zainteresowania nami, co całkowicie się różniło od zachowania innych zwierząt, które w większości poruszały się po terenie swobodnie.
Garry tłumaczy kangurowi, że ziarna ma Mira, która właśnie uciekła w popłochu, na widok zbliżającego się dużego kangura.
Ja porzestałam na karmieniu mniejszych zwierzaków i małych kangurów. Podeszła mama z małym w torbie.
Pierwszy raz widziałam to na żywo i z tak bliska. Wszystkie poruszające się swobodnie po terenie parku zwierzęta, mają jeden cel, żeby dostać smakołyk. Są to oczywiście gotowe smakołyki, przygotowane przez pracowników parku. Struś wzbudzał we mnie podobne odczucia, co duży kangur, mniej więcej tak, jakby zbliżał się do mnie dinozaur, więc przed strusiem uciekałam również, a cwaniak czuł, że w kieszeni spodni mam ziarna. Przed strusiem raczej nie uciekniesz, ale na szczęście były tam toalety, więc więc wpadłam do środka . Struś zrezygnował na szczęście.
Moja mina na zdjęciu mówi wszystko.
Wszystkie te miejsca, które odwiedziłam były płatne, ale jest coś co mnie zachwyca i nie ma odniesienia do naszych w Polsce. Bezpłatne baseny, z całą potrzebną infrastrukturą, czyli toalety, prysznice, stanowiska  grillowe, miejsca przygotowane specjalnie dla dzieci, które mają ochronę przed słońcem. Bezpłatne toalety miejskie są tutaj normą. Natomiast miejsca rekreacji, to jest naprawdę coś niesamowitego. Na zdjęciu poniżej rozległe fontanny, które są miejscami zabawy dla małych dzieci.
Basen, na który jeździmy prawie co dziennie, ma tak piękny widok, że można po prostu cały dzień się patrzeć i nigdy dosyć.
Nie widać granicy między basenem a oceanem. Mamy własne krzesełka, ale ja lubię posiedzieć na bardzo wygodnych siedziskach, ale nie osłoniętych od słońca, co mnie wiecznie tęskniącej za latem na przeszkadza.

Czasem trzeba dokonać jakiejś drobnej naprawy w samochodzie. Udaliśmy do jednego w z wielu motoryzacyjnych sklepów . Garry podjechał na specjalne oznakowane stanowisko. Personel sklepu wymienił uszkodzoną wycieraczkę przedniej szyby.
Nie trzeba robić tego samemu, jak również jechać do mechanika. 
Stojące przy drodze wózki z owocami i jajkami są również dla mnie nowością. Koło naszego obecnego domu stoi wózek z ananasami.
Do metalowej skrzyneczki wrzuca się określoną ilość pieniędzy, zależy co chce się kupić. Trochę inaczej wygląda wózek z jajkami, ale system jest ten sam.
Lokalni farmerzy zaopatrują w towar, te można tak modnie nazwać: Nano sklepy. 
Nie ma jeszcze lata, a temperatura już osiąga około 30 stopni. Za miesiąc będzie tutaj naprawdę gorąco.